© 2019 8 lat w Tybecie

Wydawca:

musicom logo.png

Tybety bez parcia

Stało się, zagraliśmy na hipsterskim festiwalu…

28/04/2017

 

 

Jeden zapuścił bujną brodę i został stałym klientem prawdziwego barbershopu, drugi publicznie pokazał się w kardiganie, a trzeci pogardził smartfonami bez nadgryzionego jabłka na obudowie. Przygotowania kosztowały nas sporo wyrzeczeń i pracy nad sobą, ale udało się – zagraliśmy na hipsterskim festiwalu… i podobało nam się!

 

5 chłopa, 2 osobówki, 1000 km, 12 godzin w trasie, 1 skręcona kostka, 2 odwiedzone knajpy z chińskim żarciem,, 30 minut na scenie, 7 zagranych utworów, kilka(naście) zaaplikowanych browarów, dziesiątki nowych znajomości, fala dzikiej satysfakcji! Poznań już nie raz okazywał się być dla nas łaskawy, a w jego okolicach uzbierałoby się chyba najwięcej (zaraz po Borkach, Drogomyślu i Knurowie) weteranów koncertowych 8lwt. Tym chętniej wybraliśmy się do stolicy Wielkopolski, żeby zagrać na (jak mówią na mieście) najbardziej opiniotwórczym, polskim festiwalu – Enea Spring Break. Chociaż początkowo podchodziliśmy do imprezy z dużym dystansem (a nasze zdanie skutecznie ugruntował w typowy dla siebie sposób Asz Dziennik) http://aszdziennik.pl/119875,wybuch-paniki-na-niszowym-festiwalu-hipsterzy-uslyszeli-piosenke-ktora-juz-znali, to w końcu udało się nas przekonać, że i tam jest miejsce dla organicznego, rockowego hałasu. Tym miejscem okazał się być klub Pod Minogą, a wśród festiwalowiczów  znalazło się o dziwo paru zwolenników ciężkiego, gitarowego grania! Było dobrze! 

 

 

Przy okazji przepraszamy zespoły występujące po nas w klubie Pod Minogą za zaaneksowanie garderoby i niezapowiedziane przedłużenie naszego pobytu w klubie. Spontanicznie zaaranżowaliśmy nasze własne „afterparty”, które i tak okazało się być wyłącznie „biforem” przed wielką imprezą, która opanowała centrum Poznania ostatniej nocy Spring Break. Doszło do tego, że musieliśmy się rozdzielić, żeby ekpslorowanie wszystkich afterowych klubów festiwalowych było skuteczne. I tak: połamani, niepijący, kobiety i dzieci zakończyli festiwal w hostelu, basiści i menadżerowie udali się w bliżej nieokreślonym i nieznanym nawet przez nich samych kierunku, a wokaliści i ½ gitarzystów nie mogła się oprzeć najbardziej elektronicznym z elektronicznych klimatów jakie udało się znaleźć (a nie było to takie trudne). Na szczęście szybko doszli do wniosku, że znacznie przeliczyyli swoje siły i że ciągle jeszcze nie dojrzeli do odkrywania nowych, paramuzycznych doznań.

 

 

 

Jednym z najważniejszych punktów wyjazdu tradycyjnie była kuchnia. Nie ma znaczenia ani pora ani stosunek uszkodzonych kończyn przypadających na jednego członka zespołu - zawsze celujemy w to samo. Nie zagramy dobrego koncertu, jeśli wcześniej nie posmakujemy dobrej, taniej, wschodniej kuchni. Tym razem mapy wujka google pokierowały nas do dwóch miejsc. W sobotę zaliczyliśmy obiad w Ognistym Woku, a w niedzielę wietnamski „śniadanioobiad” w Thanh Ha. Obu tym miejscom postaramy się poświęcić parę zdań w jakimś kolejnym wpisie. A jeśli macie jakieś swoje, ulubione knajpy z chińskim żarciem, to dajcie znać. Sprawdzimy chętnie następnym razem w stolicy Wielkopolski! :)

 

Do zaś!

 

K.

 

Please reload

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now